O Arktyce → Świat Północy → Miejsca i geografia → Erebus Bay – miejsce opuszczone przez Boga i ludzi
Erebus Bay
14 minut czytania
Niektóre miejsca wyglądają jak zapomniane przez wszystkich.
Niepotrzebne i dla większości świata w ogóle nieistniejące.
Niedostępne przez większą część roku, odgrodzone lodem lub zasnute mgłą.
Rozległe pustkowia, na których niewiele ma szansę przetrwać.
Jednym z takich miejsc jest Erebus Bay, kompletnie goły fragment zachodniego brzegu Wyspy Króla Williama.
A jednak byli tacy, dla których ten skrawek ziemi miał znaczenie.
To tutaj na zawsze pozostało wielu członków załóg tragicznej ekspedycji Sir Johna Franklina. Tutaj podczas odwrotu porzucono co najmniej dwie łodzie ciągnięte na saniach. Tutaj znaleziono przedmioty i ślady walki o przetrwanie.
Szczegóły tej historii do dzisiaj zasnute są mgłą niedomówień i domysłów.
Potężne pomyłki Arktyki
katastrofa czy ocalenie?
Gdy NWP było jeszcze legendą
Zatoka, o której locja mówi niewiele
Współczesna kanadyjska locja ARC 403 opisuje ten fragment Wyspy Króla Williama zwięźle. Niskie wybrzeże, nagie i zbudowane z wapienia. Bardzo niska linia brzegowa otoczona pasem płycizn.
Mapy mówią niewiele więcej: „unsurveyed area”. Parę pojedynczych punktów z sondowań. W kilku miejscach oznaczenia podwodnych przeszkód, ale bez szczegółów. Tyle.
Realia desantu w Erebus Bay
21 września 2026 roku postanowiliśmy wejść do Erebus Bay. Najpierw paręnaście mil płytkiego podejścia bez szczegółowych danych, potem długie rozpoznanie miejsca do rzucenia kotwicy. Mimo że udało się ustawić jacht na niecałe dwa kilometry od brzegu, zatoka postanowiła trzymać nas na dystans przez prawie dobę, uniemożliwiając desant. Najpierw mocny wiatr z dużym zafalowaniem, potem gęsta mgła, która przeszła w deszcz, kolejny wiatr i nawet grzmiącą burzę z mocnymi szkwałami.
Brzeg okazał się jeszcze bardziej niegościnny niż sugerowała locja. Morze przechodzi tutaj w rozległą mozaikę osuchów, płytkich rozlewisk i kamiennych łach. Pod stopami na przemian pojawiają się mokra tundra, błoto i rozległe pola ostrego, śliskiego wapiennego rumoszu.
Erebus Bay nie zawsze tak wygląda
To, co my zastaliśmy na brzegu, jest obrazem krótkiego okresu pomiędzy zejściem śniegu a nadejściem kolejnej zimy. Przez znaczną część roku ziemię pokrywa tutaj śnieg, płytkie rozlewiska zamarzają, a morze przy brzegu staje się częścią rozległej pokrywy lodowej.
Krajobraz podczas krótkiego lata jest mozaiką kamienia, błota i wody, a kilka miesięcy wcześniej lub później może wyglądać jak niemal jednolita biała przestrzeń, tak samo głucha i pusta.
Kamienne kopce pośrodku niczego
Nic w krajobrazie nie zdradza, jaka historia stoi za tym miejscem. Pojedyncze elementy składane w całość sugerują, że coś się tutaj działo. Drewniany fragment. Podeszwa. Koleiny w gruncie.
Kamienie.
Pojedyncze, samotne kopce kamieni, zbyt regularne żeby mogły być naturalne.
Spod kamieni kopców widać fragmenty ciężkich, wzmocnionych skrzyń. Wiemy, co znajduje się w środku – kości ludzi znalezione na otaczającym nas pustkowiu.
Bez cmentarza, muzeum, krzyży. Bez nazwisk.
Skrzynia pod kamieniami.
Na nich mała tabliczka z napisem: „Pamięci członków załogi wyprawy Sir Johna Franklina z 1845 roku, którzy zmarli tutaj wiosną 1848 roku.”
To jedyny możliwy pochówek, jaki mogło zapewnić to ponure pustkowie.
Nic nie zdradza skali dramatu, jaki się kiedyś tutaj rozegrał. Dopiero badania archeologiczne pokazują, że kilka widocznych dziś kopców jest tylko powierzchnią ogromnej historii ukrytej w Erebus Bay. Łącznie znaleziono tutaj ponad 1700 artefaktów ekspedycji oraz ponad 500 ludzkich kości należących do co najmniej 21 osób – to największe znane skupisko szczątków ludzi Sir Johna Franklina.
Historyczny Boat Place
W 1857 roku Lady Jane Franklin sfinansowała kolejną prywatną wyprawę poszukiwawczą. Jacht Fox pod dowództwem Francisa Leopolda McClintocka miał odnaleźć odpowiedź na pytanie, co stało się z jej mężem i 128 pozostałymi ludźmi Erebusa i Terroru.
W maju 1859 roku po wybrzeżu Wyspy Króla Williama poruszały się oddzielne grupy saneczkowe McClintocka i jego zastępcy. Natrafili w południowej części Erebus Bay na łódź ekspedycji Franklina i sporządzili szczegółowy opis znaleziska.
Łódź miała 28 stóp, czyli około 8,5 metra długości. Została specjalnie zmodyfikowana, aby zmniejszyć jej masę, a następnie ustawiona na potężnych dębowych saniach. Samą łódź McClintock szacował na około 700–800 funtów. Sanie na około 650 funtów. Razem dawało to więc około 635 kilogramów – zanim do środka włożono choćby jeden przedmiot.
A przedmiotów było mnóstwo.
Narzędzia. Odzież. Siedem lub osiem par różnych butów. Dwie dwulufowe strzelby, przy czym w każdej jedna lufa była załadowana i napięta do strzału. Pięć zegarków. Książki religijne, Biblia, modlitewniki oraz The Vicar of Wakefield. Srebrne sztućce należące do oficerów. Herbata. Prawie 40 funtów czekolady.
W łodzi znajdowały się także częściowe szkielety dwóch ludzi.
Znalezisko stało się jednym z najbardziej zagadkowych obrazów całej katastrofy. Dlaczego skrajnie osłabieni ludzie ciągnęli kilkaset kilogramów łodzi, a w niej między innymi książki, kilka par butów, zegarki i srebrne sztućce, ale zero sucharów czy mięsa?
Odnalezienie łodzi dało więcej pytań niż odpowiedzi
Łatwo z perspektywy prawie dwóch wieków uznać te rzeczy za absurdalny balast. McClintock również uważał, że załoga przeceniła swoje siły i tempo marszu. Nie wiemy jednak, w którym momencie rzeczy znalazły się w łodzi, które miały znaczenie praktyczne, które osobiste, ani jaki dokładnie plan mieli ludzie ją ciągnący. Dzisiejsza lista przedmiotów nie jest instrukcją ich myślenia.
Jeszcze bardziej tajemniczy był kierunek ustawienia sań. McClintock uznał, że były skierowane z powrotem na północny wschód, w stronę pozostawionych statków, i na tej podstawie stworzył hipotezę, że grupa postanowiła zawrócić. Sam nazywał to jednak przypuszczeniem. Do dziś nie możemy zamienić go w fakt.
Historia zrobiła się jeszcze bardziej skomplikowana kilka lat później. Inuici, którzy około 1861 roku dotarli w te okolice, odnaleźli nie tylko znaną już łódź, ale także drugą, około kilometra dalej. Wokół niej znajdowało się znacznie więcej ludzkich szczątków. W późniejszych relacjach pojawiało się między innymi siedem czaszek. Inuici pozyskiwali z obu łodzi niezwykle cenne w Arktyce drewno i metal, więc z czasem same konstrukcje zniknęły.
Erebus Bay nie jest więc rozwiązaniem zagadki Franklina.
Jest miejscem, w którym zagadka zaczyna się rozpadać na kolejne, jeszcze mniejsze.
Droga odwrotu
Żeby zrozumieć, skąd w Erebus Bay wzięły się łodzie i ludzkie szczątki, trzeba cofnąć się tylko o kilkanaście miesięcy.
W 1845 roku Erebus i Terror wyruszyły w Arktykę. Pierwszą zimę spędzili przy Beechey Island. We wrześniu 1846 roku oba statki zostały uwięzione w lodzie na północny zachód od Wyspy Króla Williama.
Nie uwolniły się następnego lata.
Jedyny zachowany dokument, notatka z Victory Point, pozostawiony przez samą ekspedycję przedstawia mocny kontrast.
W maju 1847 roku sytuację opisano jeszcze dwoma słowami: „All well”.
Jedenaście miesięcy później na tym samym arkuszu kapitan Erebusa James Fitzjames oraz kapitan Terroru i ówczesny już dowódca ekspedycji Francis Crozier dopisali informację, że Erebus i Terror zostały opuszczone 22 kwietnia 1848 roku. Od września 1846 tkwiły w lodzie. Sir John Franklin zmarł 11 czerwca 1847. Łącznie do tego momentu zmarło dziewięciu oficerów i piętnastu marynarzy. Pozostało 105 ludzi, którzy 26 kwietnia mieli ruszyć w kierunku Back’s Fish River.
I tutaj kończy się historia opowiadana przez samych uczestników wyprawy.
Kilkaset kilometrów marszu na południe
Nie zostawili nam wyjaśnienia, dlaczego dokładnie podjęli decyzję o porzuceniu statków. Nie znamy stanu zapasów. Nie znamy stanu zdrowia poszczególnych ludzi. Nie wiemy, jak długo dyskutowano decyzję ani jakie inne warianty rozważano.
Wiemy natomiast, że po dziewiętnastu miesiącach bez ruchu w lodzie mieli już 24 zmarłych, a perspektywy na rychłe uwolnienie statków musiały być co najmniej niepewne.
Po zejściu ze statków przenieśli na saniach przez około 28 kilometrów zamarzniętego morza tony wyposażenia i zapasów, w tym kilka łodzi, do obozu na brzegu. Stamtąd plan zakładał marsz około 400 kilometrów wzdłuż wybrzeża Wyspy Króla Williama i Półwyspu Adelaide do Back River.
Co zamierzali zrobić później, jest już rekonstrukcją. Powszechnie przyjmuje się, że po dotarciu do rzeki chcieli przedostać się dalej w stronę placówek Hudson’s Bay Company.
Wygląda jak dobry plan, tylko że w terenie oznaczał ciągnięcie łodzi ważących z saniami ponad pół tony, wraz z zapasami, sprzętem i dobytkiem ludzi, którzy po trzech latach w Arktyce zaczynali już umierać w niepokojącym tempie.
Nie wiemy, kiedy zaczęli się dzielić. Nie wiemy, ile dokładnie łodzi zabrali. Nie wiemy, kto szedł z kim ani jaki dokładnie los ich spotkał.
Kim byli ludzie z Erebus Bay?
Przez ponad półtora wieku byli przede wszystkim kośćmi.
Czaszką. Żuchwą. Kością udową. Fragmentami szkieletów oznaczanymi numerami katalogowymi.
To zaczęło się zmieniać dopiero dzięki badaniom DNA.
W 2021 roku zidentyfikowano Johna Gregory’ego, inżyniera HMS Erebus.
W 2024 roku nazwisko odzyskał James Fitzjames – kapitan Erebusa i, po śmierci Franklina, drugi rangą człowiek pozostający przy życiu po Francisie Crozierze.
W 2026 roku doszły kolejne trzy nazwiska: marynarza Williama Orrena, około dwudziestoletniego chłopca okrętowego Davida Younga oraz Johna Bridgensa, stewarda obsługującego niższych rangą oficerów.
Pojedyncze fakty mogą pisać całe historie
Jest przy tym jedna niezwykła prawidłowość: wszystkich pięciu ludzi z Erebus Bay, których do 2026 roku udało się zidentyfikować genetycznie, służyło na HMS Erebus. To kusi, by od razu stworzyć z tego kolejną opowieść: załogi rozdzieliły się według statków, każda ciągnęła własne łodzie, a Erebus Bay była miejscem katastrofy grupy z Erebusa.
Ale nauka jeszcze nam na to nie pozwala.
Autorzy najnowszego badania uważają za prawdopodobne, że przynajmniej początkowo łodzie mogły być ciągnięte przez ludzi ze statku, z którego pochodziły. Dwie łodzie z Erebus Bay mogły więc należeć do Erebusa. Szczególnie obecność kapitana Fitzjamesa jest intrygująca.
To nadal hipoteza. Pięciu zidentyfikowanych ludzi to bardzo mała próba wobec 105 uczestników odwrotu, a procesy zachodzące przez prawie dwa stulecia – przemieszczanie kości przez zwierzęta, ludzi i naturalne procesy – dodatkowo komplikują obraz.
Dlaczego tak wielu z nich utknęło właśnie tutaj?
To pytanie pojawia się niemal automatycznie, kiedy stoi się w Erebus Bay.
Na powierzchni nie ma żadnej oczywistej przeszkody. Nie kończy się ląd. Nie wyrasta ściana gór. Nie ma wielkiej rzeki ani urwiska.
Być może więc słowo „utknęli” jest niewłaściwe.
Może po prostu w pewnym momencie przestali być w stanie iść dalej.
McClintock, mający ogromne doświadczenie w podróżach saniami, oceniał, że znaleziona przez niego łódź na saniach z ładunkiem mogły być za ciężkie nawet dla siedmiu silnych, zdrowych ludzi i sądził, że do jej ciągnięcia mogło być przydzielonych dwudziestu lub trzydziestu.
Przy łodzi znaleziono szczątki minimum trzech ludzi. Ale większa grupa musiała dotrzeć z nią do Erebus Bay. Pozostali mogli następnie odejść, pozostawiając tych, którzy byli martwi, umierający albo zbyt słabi, żeby kontynuować marsz.
Ponad półtorej kilometra od łodzi znajdowały się też szczątki minimum 13 osób. Wiemy, że nie wszyscy zmarli jednocześnie. Blisko. Ale autorzy badania DNA opublikowanego w 2026 roku rozważają możliwość, że obie grupy były już wtedy rozdzielone i dotarły do Erebus Bay w różnym czasie. Jeżeli tak było, ludzie znajdujący się przy jednej łodzi mogli nawet nie wiedzieć, że druga grupa znajduje się niespełna dwa kilometry dalej. To hipoteza, nie ustalony przebieg wydarzeń, ale różny stan obu stanowisk sprawia, że jest traktowana poważnie.
Dlaczego ich kondycja była już tutaj taka zła?
Erebus Bay od miejsca, gdzie statki utkwiły w lodzie, dzieli zaledwie sto kilometrów z kilkuset planowanych do przebycia. To był dopiero początkowy etap wędrówki, a już tutaj umierali ludzie.
Przez lata popularność zdobywała teoria zatrucia ołowiem pochodzącym między innymi z lutowanych puszek. Jednak analizy pokazują, że jego poziom nie był niezwykły dla ludzi Royal Navy tamtej epoki.
Podobnie jest ze szkorbutem. Ryzyko było realne, ale nie ma mocnych podstaw, aby stwierdzić, że w momencie opuszczenia statków cała załoga była nim obezwładniona. Nie odnaleziono dotąd dzienników medycznych.
Coraz ciekawsza staje się za to szersza hipoteza niedożywienia – niekoniecznie w sensie prostego braku kalorii. Erebus i Terror utknęły daleko od lądu w ruchomym paku lodowym. Odróżniało to ich sytuację od innych XIX-wiecznych wypraw, które mogły znacznie łatwiej uzupełniać dietę polowaniem i łowieniem. Ludzie Franklina stali się wyjątkowo zależni od zapasów magazynowanych przez lata.
Do tego dochodziły mróz, niedobór świeżej żywności, choroby znane z innych arktycznych załóg, urazy, wyczerpanie oraz wyjątkowo niekorzystne warunki lodowe i klimatyczne tego okresu.
A morale?
Możemy wyobrażać sobie strach, konflikty, rozpacz, a nawet bunt. Nie mamy jednak dowodów, które pozwalałyby opisać takie wydarzenia jako fakty. Ostatni dokument nadal podpisują Crozier i Fitzjames. Ludzie zdołali zorganizować ewakuację 105 osób, przetransportować przez lód tony sprzętu i rozpocząć marsz. To nie wygląda jak grupa, która już na początku całkowicie przestała funkcjonować.
Co wydarzyło się później, gdy zaczęli umierać kolejni ludzie, grupy prawdopodobnie się rozdzielały, a zapasy znikały – nie wiemy.
Erebus Bay pokazuje jedynie rezultat.
Granica przetrwania
W 1854 roku John Rae usłyszał od Inuitów o grupie głodujących białych ludzi i o później odnalezionych ciałach. W relacjach pojawiała się informacja, że część zmarłych została zjedzona przez tych, którzy żyli dłużej. Wiktoriańska Brytania przyjęła tę wiadomość z niedowierzaniem i oburzeniem, nie chcą w nią uwierzyć.
Ponad sto lat później kości z Erebus Bay zaczęły potwierdzać to, co Inuici mówili od początku.
Na pierwotnie przeanalizowanych fragmentach ludzkich kości ślady cięcia metalowym narzędziem stwierdzono na niemal jednej czwartej. Ich położenie odpowiada rozczłonkowywaniu ciała i usuwaniu tkanek miękkich. Na kilku kościach długich stwierdzono też dawne złamania zgodne z próbą dostania się do szpiku, choć w ich przypadku czasu i przyczyny powstania pęknięć nie można ustalić z taką samą pewnością.
Nie wiemy, kto to zrobił.
Nie wiemy, kiedy dokładnie.
I przede wszystkim nic w materiale archeologicznym nie daje podstaw, żeby twierdzić, że kogokolwiek zabito w celu zdobycia pożywienia. Dowody dotyczą wykorzystania ciał osób, które już zmarły – kanibalizmu przetrwania w sytuacji skrajnego głodu.
To ważne rozróżnienie. Erebus Bay nie opowiada historii ludzi, którzy zabijali się nawzajem, żeby przetrwać. Przynajmniej obecne analizy na nic takiego nie wskazują. Pokazują raczej kolejne granice, przez które człowiek może zostać przepchnięty przez głód i walkę o życie.
Najpierw można się zgodzić na porzucenie statku. Potem rzeczy. Potem łodzi. Potem być może nawet ludzi, którzy nie mogą już iść.
A gdzieś dalej zaczyna się granica, której przekroczenia wcześniej prawdopodobnie nikt sobie nie wyobrażał.
Dlaczego obecnie prawie nikt nie dociera do Erebus Bay?
Dwieście lat później Erebus Bay nadal nie jest miejscem łatwo dostępnym.
Ale nie dlatego, że ktoś je zamknął. Problem jest przede wszystkim nawigacyjny.
Trasa przez NWP wiodąca zachodnią stroną Wyspy Króla Williama może mieć jedne z najtrudniejszych warunków lodowych na całym przybrzeżnym szlaku przez kanadyjską Arktykę, więc większość mniejszych jednostek wybiera opłynięcie tej wyspy od wschodu i południa.
Jeśli trafi się w okno wolne od lodu, samo dotarcie pod Erebus Bay nie rozwiązuje problemu. Zatoka pozostaje otwarta na pogodę i falowanie od strony Cieśniny Wiktorii. Brzeg jest otoczony płyciznami. Pomiary hydrograficzne mają charakter rozpoznawczy.
Dlatego Erebus Bay łatwiej badać z archiwum niż odwiedzić.
Jest jeszcze jedna kwestia: ochrona stanowisk
Przed naszą wizytą skontaktowaliśmy się bezpośrednio z Nunavut Department of Culture and Heritage. Opisaliśmy dokładnie, że przypływamy jachtem prywatnie, w dwuosobowym składzie, i chcemy wyłącznie odwiedzić znane stanowiska z zachowaniem pełnego szacunku wobec tych miejsc.
Departament potwierdził, że w takim przypadku nie potrzebujemy pozwolenia archeologicznego, a zasada jest prosta: zostawić wszystko dokładnie tak, jak się to zastało.
Nie dotykać artefaktów. Nie przenosić ich, nawet o kilka centymetrów „do zdjęcia”. Niczego nie zabierać. Nie chodzić po strukturach i kopcach. Jeśli coś leży na ziemi, nie zmieniać jego położenia.
Prawie dwieście lat działania mrozu, wiatru, wody, zwierząt i ludzi sprawiło, że kontekst każdego niewielkiego przedmiotu może mieć znaczenie większe niż sam przedmiot.
Historia zamrożona na wieki
Podczas marszu po brzegu Erebus Bay praktycznie się do siebie nie odzywaliśmy, chociaż nie umawialiśmy się na tę ciszę.
Naturalnie trzymaliśmy między sobą dystans – czasem kilkanaście, czasem kilkadziesiąt metrów. Każdy szedł sam. Dopiero w trudniejszych miejscach, kiedy grunt robił się grząski i można było się zapaść lub łatwo przewrócić, znowu trzymaliśmy się bliżej i wzajemnie asekurowaliśmy.
To miejsce samo narzuca ciszę. Narzuca ciężar.
Nie chce się tutaj nic mówić. Nie ma potrzeby. Trudno też znaleźć słowa, które nie brzmiałyby banalnie wobec tego, co leży pod kamieniami.
Dwieście lat temu nie było tu tablic z numerami stanowisk. Nie było nazw NgLj-2 ani NgLj-3. Nie było DNA, dzięki któremu kość znowu mogła stać się Johnem Gregorym, Jamesem Fitzjamesem czy Davidem Youngiem.
Była łódź.
Były sanie.
Byli ludzie, którzy dokądś je ciągnęli.
Nie wiemy, co myśleli, kiedy znaleźli się w Erebus Bay.
Może nadal wierzyli, że uda im się wydostać z Arktyki. Może planowali, co zrobią po powrocie do domu. Może szli tylko dlatego, że pozostanie w jednym miejscu było gorsze. A może część z nich rozumiała już, że nie zdołają dotrzeć wystarczająco daleko, zanim zabraknie im sił.
Nie wiemy.
Pozostały po nich rzeczy i kości.
Wracamy na ponton przed kolejnym załamaniem pogody. Za chwilę podniesiemy kotwicę i ruszymy dalej ku wyjściu z archipelagu na Morze Baffina. W naszą dalszą drogę do domu.
Prawie 180 lat wcześniej 105 ludzi opuściło uwięzione w lodzie statki i również rozpoczęło drogę, która miała ich stąd wyprowadzić. Ale żaden z nich do domu już nie wrócił.
Autor: Alicja Latoń
Ciekawostka
Boat Place przez dziesięciolecia było błędnie umiejscawiane
NgLj-1 długo uznawano za miejsce łodzi znalezionej przez McClintocka w 1859 r. Dopiero zestawienie opisów XIX-wiecznych z archeologią pozwoliło wykazać, że właściwym Boat Place jest NgLj-3. Z kolei NgLj-2 rzeczywiście zawiera dowody obecności drugiej łodzi, ale utożsamienie jej dokładnie z łodzią opisaną przez Inuitów w XIX w. pozostaje bardziej problematyczne.