O ArktyceŚwiat PółnocyHistoria → Vagabond’eux: gdy Przejście Północno-Zachodnie było jeszcze legendą

Vagabond’eux

Gdy Przejście Północno-Zachodnie było jeszcze legendą

W połowie lat osiemdziesiątych Przejście Północno-Zachodnie pozostawało jednym z najbardziej niedostępnych szlaków świata. Między Atlantykiem i Pacyfikiem wciąż zalegał lód, prognozy pogody docierały przez radio, a GPS dla żeglarzy praktycznie nie istniał. Właśnie wtedy niewielki jacht Vagabond’eux rozpoczął kilkuletnią drogę przez kanadyjską Arktykę. Na jego pokładzie spotkali się Janusz Kurbiel, Ludomir Mączka i Wojciech Jacobson – trzy postaci, które na trwałe zapisały się w historii polskiego żeglarstwa oceanicznego i polarnego.

Dziś nazwa Northwest Passage pojawia się regularnie w relacjach z wypraw polarnych. Coraz więcej jachtów próbuje przejść ten legendarny szlak. Łatwo zapomnieć, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu był on miejscem bardziej kojarzonym z katastrofami ekspedycji niż z żeglarstwem. 

Szlak, którego szukano przez stulecia

Przez setki lat europejscy odkrywcy marzyli o odnalezieniu morskiej drogi łączącej Atlantyk z Pacyfikiem przez północne wybrzeża Ameryki. Sukces oznaczałby skrócenie drogi do Azji i ogromne korzyści handlowe. W praktyce kolejne wyprawy napotykały ten sam problem – lód.

W historię Przejścia Północno-Zachodniego wpisane są nazwiska największych odkrywców epoki polarnej. Nazwy na mapie znaczą miejsca, gdzie docierali – ginęli lub zawracali. Po przeszło trzystu latach prób jako pierwszy pokonał je dopiero Roald Amundsen w 1906 roku. Potrzebował kilku lat, zimowań i ogromnej cierpliwości. 

Kiedy kolejne kilkadziesiąt lat później Vagabond’eux wszedł pomiędzy wyspy Archipelagu Arktycznego Kanady, załoga płynęła trasą obciążoną historią największych sukcesów i największych porażek polarnej eksploracji. 

Świat Północy
Zobacz również

Rekordy żeglugi jachtami

koniec znanego świata

wyspy, których nigdy nie było

Wszystkie kategorie

Trzej ludzie, których połączyła Arktyka

Janusz Kurbiel należał do grona pionierów polskiego żeglarstwa polarnego. Był żeglarzem, fotografem, organizatorem wypraw i człowiekiem zafascynowanym Północą. Nie traktował Arktyki jako egzotycznego celu podróży. Wracał tam wielokrotnie, poznawał jej mieszkańców, prowadził obserwacje i dokumentował świat, który dla większości ludzi pozostawał niedostępny.

Ludomir Mączka był zupełnie inny. Przez całe życie bardziej przypominał wędrowca niż klasycznego kapitana. Słynął ze skromności, niezależności i nieustannej potrzeby bycia w drodze. Przepłynął tysiące mil, odwiedził dziesiątki krajów i pozostawił po sobie legendę człowieka, który potrafił żyć niemal wszędzie, byle tylko pozostać wolnym.

Wojciech Jacobson reprezentował jeszcze inny typ żeglarza. Był jednym z najwybitniejszych polskich kapitanów oceanicznych, znanym z kompetencji, doświadczenia i skuteczności w najtrudniejszych warunkach. To właśnie on doprowadził ostatni etap przejścia do końca w 1988 roku.

Każdy z nich mógłby być bohaterem osobnej książki. Los sprawił jednak, że ich drogi przecięły się na jednym z najtrudniejszych szlaków świata. 

Mały jacht wobec ogromu Arktyki

Kiedy dziś słyszymy o wyprawach polarnych, często wyobrażamy sobie lodołamacze, statki badawcze albo nowoczesne jednostki wyposażone w zaawansowaną elektronikę.

Vagabond’eux nie należał do żadnej z tych kategorii.

Był niewielkim jachtem żaglowym. Mniejszym od wielu współczesnych jednostek oceanicznych. To właśnie na nim załoga spędzała kolejne sezony w Arktyce, zimowała w lodzie i stopniowo przesuwała się przez labirynt wysp, cieśnin i pól lodowych.

W tym tkwi jedna z największych sił tej historii. Nie opowiada ona o potędze technologii ani o wielkim państwowym programie badawczym. Opowiada o grupie ludzi, którzy postanowili sprawdzić, jak daleko może zaprowadzić ich wiedza, cierpliwość i determinacja. 

To nie był rejs — to było życie w Arktyce

Przejście realizowano etapami przez kilka sezonów. Kiedy lód zamykał drogę, załoga nie próbowała go forsować. Zostawała na miejscu. Zimowała. Poznawała okolicę. Czekała na kolejny sezon.

Typowy rok wyglądał podobnie. Kilka miesięcy przygotowań, wejście w Archipelag Arktyczny Kanady, wykorzystanie krótkiego okresu otwartej wody, a następnie dopłynięcie tak daleko, jak pozwalały warunki lodowe. Gdy nadchodziła zima, należało znaleźć bezpieczne miejsce i przygotować się na wiele miesięcy izolacji.

Dziś trudno wyobrazić sobie taki poziom odcięcia od świata. Nie było internetu, komunikatorów, zdjęć satelitarnych dostępnych na ekranie telefonu ani codziennych prognoz pogody. Przez znaczną część roku jacht stawał się jednocześnie domem, warsztatem, laboratorium i całym światem swoich mieszkańców.

Arktyka przed GPS-em

Jednym z powodów, dla których wyprawa Vagabond’eux budzi podziw do dziś, są realia epoki.

Największą różnicą był brak informacji.

Współczesny żeglarz może sprawdzić zdjęcia satelitarne lodu, pobrać prognozy pogody, przeanalizować relacje wcześniejszych załóg i porównać ślady GPS z poprzednich sezonów. W połowie lat osiemdziesiątych nic takiego nie było dostępne.

Owszem, zdjęcia satelitarne istniały. Nie były jednak czymś, co można było pobrać na pokładzie jachtu. Decyzje podejmowano na podstawie własnych obserwacji, doświadczenia oraz informacji zdobywanych po drodze.

Równie trudna była nawigacja. GPS dopiero raczkował. Pozycję określano przy pomocy klasycznych metod nawigacyjnych, radionawigacji i obserwacji astronomicznych. W świecie mgieł, lodu i setek podobnych do siebie wysp oznaczało to zupełnie inny poziom odpowiedzialności.

Nieporównywalnie słabiej wyglądały również możliwości ratownictwa. W wielu rejonach najbliższa pomoc znajdowała się tysiące kilometrów dalej. Awarie trzeba było usuwać samodzielnie. Błędy mogły kosztować cały sezon lub zakończyć wyprawę.

Do tego dochodził kontekst polityczny. Załoga pochodziła z Polski czasów PRL. Organizacja wieloletniej wyprawy do Arktyki oznaczała pokonywanie przeszkód administracyjnych, finansowych i logistycznych, które dla współczesnego podróżnika są praktycznie niewidoczne. 

Więcej niż żeglarstwo

Choć historia Vagabond’eux najczęściej opowiadana jest jako historia przejścia Przejścia Północno-Zachodniego, sama wyprawa miała znacznie szerszy charakter.

Załoga prowadziła obserwacje i badania dotyczące między innymi zjawisk lodowych oraz ziemskiego pola magnetycznego. Równolegle dokumentowała życie Arktyki i funkcjonowanie społeczności Inuitów.

W wielu miejscach pobyt nie trwał kilka godzin czy kilka dni, lecz tygodnie lub miesiące. Dzięki temu uczestnicy ekspedycji mogli poznać codzienność ludzi żyjących w jednym z najbardziej wymagających środowisk na świecie.

Pionierzy na legendarnym szlaku

Dla Polski było to pierwsze przejście Przejścia Północno-Zachodniego.

Dla świata żeglarskiego – jedno z pionierskich osiągnięć epoki, gdy NWP wciąż pozostawało bardziej legendą niż regularnym szlakiem.

Nie chodziło o rekord prędkości. Nie chodziło o najdalej wysunięty punkt na północy. Nie chodziło nawet o samo dotarcie z jednego oceanu do drugiego.

Znaczenie tej wyprawy polegało na czymś innym. Vagabond’eux należał do niewielkiego grona jachtów, które udowodniły, że Przejście Północno-Zachodnie może zostać pokonane przez małą jednostkę żaglową działającą bez wsparcia wielkiej narodowej ekspedycji.

To był moment, w którym szlak przez stulecia kojarzony z admiralicjami, państwowymi programami i wielkimi wyprawami zaczął stawać się osiągalny również dla dobrze przygotowanych żeglarzy.

Sto lat po Ludomirze Mączce

2026 rok to setna rocznica urodzin Ludomira Mączki. Dla wielu żeglarzy pozostaje on symbolem niezależności, odwagi i życia podporządkowanego własnym marzeniom.

To również rok, na który przypada nasza próba przejścia Przejścia Północno-Zachodniego. Trudno o bardziej wymowne przypomnienie dorobku Ludka niż powrót do historii wyprawy Vagabond’eux – przedsięwzięcia, które na trwałe zapisało się zarówno w dziejach polskiego żeglarstwa, jak i w ogólnoświatowej historii eksploracji Arktyki.

Szczególnego znaczenia tej historii dodaje fakt, że patronem honorowym przedsięwzięcia jest Wojciech Jacobson – ostatni żyjący uczestnik tamtej wyprawy. W ten sposób doświadczenie i wiedza pionierów polskiego żeglarstwa polarnego symbolicznie towarzyszą kolejnemu pokoleniu żeglarzy ruszających na Północ.

Opowieść o Vagabond’eux wciąż pozostaje żywa. Nie jako zamknięty rozdział historii, lecz jako część tradycji polskiego żeglarstwa polarnego, która nadal trwa. 

Autor: Alicja Latoń 

Ciekawostka

Za niektóre odkrycia Arktyka każe słono płacić

Przejście Północno-Zachodnie przez większość historii było bardziej cmentarzem ekspedycji niż szlakiem żeglugowym. Szacuje się, że podczas XIX-wiecznych prób jego odnalezienia zginęło ponad 500 uczestników różnych wypraw.