O ArktyceŚwiat PółnocyMiejsca i geografia → Fury Beach – miejsce katastrofy czy ocalenia?

Fury Beach, Nunavut

Miejsce katastrofy czy ocalenia? 

10 minut czytania

Niski, wąski pas żwirowo-kamienistego wybrzeża, zza którego wyrastają klify i wzgórza. Z morza przestrzeń ta wygląda niemal jak pustynia. 

Nie ma tu osady ani portu. Z ogromnego składu zapasów, który powstał na brzegu dwieście lat temu, pozostały dziś jedynie rozproszone ślady. Można przepłynąć obok i nie zorientować się, że patrzy się na jedno z ważniejszych miejsc w historii poszukiwań Przejścia Północno-Zachodniego.

Miejsce, które dla jednej wyprawy stało się sceną walki o przetrwanie okrętu i kontynuowanie ekspedycji, dla innej – szansą na ocalenie.

To Fury Beach, na wschodnim wybrzeżu Wyspy Somerset (ang. Somerset Island), głęboko w sercu Arktyki Kanadyjskiej. 

Świat Północy
Zobacz również

Rekordy żeglugi jachtami

koniec znanego świata

wyspy, których nigdy nie było

Wszystkie kategorie

Dwie różne jednostki na arktyczne poszukiwania

HMS Fury był okrętem Royal Navy, jednym z moździerzowców (tzw. bomb vessels), których zadaniem było bombardowanie celów na lądzie. Odrzut nie działał głównie wzdłuż pokładu jak przy klasycznym dziale, lecz przekazywał potężne obciążenie w dół, na konstrukcję okrętu. Dlatego miejsce pod moździerzami miało wyjątkowo ciężkie wzmocnienia. Kadłub, pokład i wiązania konstrukcyjne były znacznie solidniejsze niż można by oczekiwać po okręcie tej wielkości.

Szybko zauważono, że skoro okręt jest zbudowany w sposób pozwalający przeżyć odrzut ciężkich moździerzy – to można go łatwo przebudować tak, aby znosił również nacisk lodu. Fury została więc przygotowana do wypraw polarnych i wysłana w Arktykę. 

Victory była znacznie mniejsza, a ekspedycja na niej została sfinansowana z prywatnych środków bogatego producenta ginu. Wyposażona została w nowoczesny silnik parowy, co okazało się kompletną porażką – ciągle się psuł, zużywał dużo paliwa i dawał znacznie mniej mocy, niż obiecywał producent. Ostatecznie został w środku wyprawy całkowicie zdemontowany i porzucony. 

Czas i lód splotły losy dwóch wypraw

William Edward Parry był jednym z dowódców polarnych, których zadaniem było znalezienie drogi przez Przejście Północno-Zachodnie. Płynąc Cieśniną Księcia Regenta (ang. Prince Regent Inlet) w 1825 r. na południe wzdłuż Wyspy Somerset zbliżał się do miejsca, gdzie rzeczywiście istnieje wyjście na zachód – Cieśniny Bellota (ang. Bellot Strait), która jednak została odkryta dopiero dekady później. Niestety Parry, zanim dotarł do tego miejsca, stracił HMS Fury.

Cztery lata później John Ross, szkocki oficer Royal Navy, próbował dokończyć tę zagadkę geograficzną. Wiedział, dokąd dotarł jego poprzednik. Chciał kontynuować badania tam, gdzie wyprawa Parry’ego musiała zawrócić. Dotarł jeszcze dalej na południe i zaczął badać nieznane Europejczykom wybrzeża, ale wpadł w pułapkę.

Walka o Fury

Fury nie rozbiła się nagle. Od pierwszego poważnego wejścia na mieliznę do ostatecznego porzucenia okrętu przez załogę minęły niemal cztery tygodnie. Była to długa walka z lodem, przeciekami i uszkodzeniami konstrukcji, podczas której kilka razy wydawało się, że statek uda się jeszcze uratować.

Po zimowaniu w Port Bowen, na wschodnim brzegu Cieśniny Księcia Regenta, Hecla i Fury uwolniły się z lodu dopiero około 20 lipca 1825 r. Parry ruszył na południe.

Warunki były bardzo trudne. Cieśnina Księcia Regenta nadal była pełna lodu. Statki nie tyle swobodnie żeglowały, ile wykorzystywały pojawiające się szczeliny i kanały pomiędzy polami lodowymi. Po trudnej przeprawie przedostały się na jej zachodnią stronę, pod wybrzeże Wyspy Somerset.

I tutaj zaczęła się katastrofa. 

Koniec lipca – lód spycha statki na brzeg

Około 30 lipca wiatr i ruch lodu zaczęły spychać oba okręty w kierunku lądu.

Załogi próbowały ratować sytuację za pomocą kotwic i lin mocowanych do brzegu. W praktyce statki znajdowały się między stałym lądem a ogromną masą poruszającego się lodu.

Najbardziej ucierpiała Fury.

Lód docisnął ją do brzegu i okręt wszedł na mieliznę. Kadłub został uszkodzony i zaczął nabierać wody. Rozpoczęła się walka o utrzymanie statku na powierzchni.

Zaczyna się walka o okręt

Parry nie zdecydował od razu o porzuceniu okrętu. Wręcz przeciwnie, załogi obu jednostek przez następne tygodnie robiły wszystko, aby go uratować.

Z Fury zaczęto zdejmować obciążenie. Na brzeg trafiały zapasy, beczki, żywność, działa, amunicja, liny, żagle, wyposażenie. Im lżejszy stawał się okręt, tym większa była szansa, że przy wysokiej wodzie uda się go ponownie ściągnąć z mielizny.

Jednocześnie niemal bez przerwy pracowały pompy.

Fury udaje się ściągnąć z brzegu

Wyglądało na to, że okręt został uratowany.

Załoga zaczęła oceniać uszkodzenia i próbowała je naprawić. Problem polegał na tym, że kadłub przeciekał znacznie poważniej, niż początkowo sądzono.

A potem zmieniły się warunki i wszystko zaczyna się od nowa

Lód ponownie ruszył w kierunku brzegu. Fury została drugi raz zepchnięta na mieliznę. Ponownie ją odciążano. Ponownie pracowały pompy. Ponownie próbowano wykorzystać przypływ i ruch lodu.

I ponownie udało się ją uwolnić.

Ale kadłub był już bardzo poważnie uszkodzony. To nie był już problem jednej dziury, którą można było zatkać. Konstrukcja pracowała pod ogromnymi obciążeniami, poszycie zostało naruszone i woda cały czas dostawała się do środka. 

W drugiej połowie sierpnia sytuacja stała się krytyczna.

Lód atakuje po raz trzeci

Następny napór lodu ponownie rzucił Fury na brzeg. Tym razem sytuacja stała się beznadziejna.

Statek był tak nieszczelny, że załoga nie była w stanie utrzymać go suchym pompami. Żeby skutecznie naprawić kadłub, trzeba byłoby go przechylić lub osuszyć w kontrolowanych warunkach. Na otwartej arktycznej plaży, przy ciągle poruszającym się lodzie, było to praktycznie niemożliwe.

Co gorsza, zagrożona zaczynała być również Hecla.

Parry musiał więc dokonać wyboru: ryzykować utratę obu statków, próbując ratować Fury, albo poświęcić jeden i uratować drugi.

Wybrał Heclę.

Arktyczny magazyn – Fury Beach

Przez cały czas walki o okręt na brzeg trafiały kolejne zapasy i elementy wyposażenia Fury.

Część zabrano później na Heclę, ale dwóch pełnych załóg i całego wyposażenia obu statków nie dało się pomieścić na jednym okręcie. Na plaży pozostały więc ogromne ilości żywności i wyposażenia.

Nie była to przypadkowa sterta rzeczy wyrzuconych z wraku. Zapasy zabezpieczano i uporządkowano. W praktyce na brzegu powstał ogromny arktyczny magazyn.

Parry zostawił uporządkowany depot, z którego mogła skorzystać przyszła ekspedycja. Nie wiedział wtedy, jak ogromne znaczenie będzie miał siedem lat później dla wyprawy Johna Rossa – że siedem lat po katastrofie Fury pozostawione tutaj zapasy i łodzie staną się ocaleniem dla jego załogi. 

25 sierpnia 1825 – koniec Fury

Parry ostatecznie uznał Fury za straconą. Zostawił ją stojącą na mieliźnie. Kadłub był poważnie uszkodzony i zalewany, ale statek nadal istniał.

Załoga przeszła na Heclę i odpłynęła na północ, żeby wrócić do domu. 

Lodowa pułapka Victory

Jesienią 1829 r. Victory weszła do Felix Harbour. Statek przygotowano do zimy, a fatalnie działający napęd parowy został zdemontowany. 

Ross zakładał, że następnego lata będzie kontynuował poszukiwania.

Tyle że lód nie chciał wypuścić statku.

W kolejnych sezonach Victory zdołała przesunąć się tylko niewiele. Rozpoczęła się ich historia walki o przetrwanie. 

Pierwsza zima: 1829/1830

Felix Harbour na wschodnim wybrzeżu Boothii miało być zwyczajnym zimowiskiem.

Załoga prowadziła obserwacje naukowe, polowała i nawiązała niezwykle ważny kontakt z Inuitami. To od nich zdobyli wiedzę o okolicy, drogach lądowych, zachowaniu lodu i sposobach polowania.

Wiosną wszyscy zakładali, że gdy tylko lód ustąpi, Victory ruszy dalej.

Nie ustąpił wystarczająco.

Lato 1830: prawie żadnego lata

Załoga wycinała i piłowała kanały w lodzie, próbując stworzyć Victory drogę do otwartej wody.

Używano pił do lodu, lin i całej siły załogi. Kiedy pojawiała się szczelina, statek przeciągano i przesuwano.

Efekt był dramatycznie mały.

W ciągu całego sezonu Victory przesunęła się zaledwie o kilka kilometrów i została ponownie uwięziona – tym razem w rejonie nazwanym Sheriff Harbour.

Nadeszła druga zima.

Lato 1831: jeszcze jedna próba

Po drugiej zimie sytuacja stawała się coraz poważniejsza. Zapasy malały, ludzie byli osłabieni, pojawiały się problemy zdrowotne. Ponownie rozpoczęto walkę o uwolnienie statku.

I Victory rzeczywiście ruszyła na północ, ale nie była to normalna żegluga. Wykorzystywano każdą pojawiającą się szczelinę, holowano statek i przecinano pak.

Postęp ponownie był niewielki.

Ostatecznie statek został uwięziony w obecnym Victoria Harbour. Przed wyprawą stanęła perspektywa trzeciej zimy w lodzie. 

Trzecia zima: 1831/1832

Teraz Ross wiedział już, że nie może po prostu liczyć na następne lato. Zaczął przygotowywać plan awaryjny.

I miał jedną ogromną przewagę: wiedział, że około 300 km na północ znajduje się Fury Beach. Wiedział również dokładnie, co pozostawił tam Parry.

To oznaczało, że gdzieś na północy istnieje magazyn żywności i wyposażenia Royal Navy; że gdzieś na północ od Victory znajdował się więc znany punkt dający szansę na przetrwanie. 

Decyzja: opuszczenie Victory

Wiosną 1832 r. stało się jasne, że kolejna próba czekania na uwolnienie Victory jest zbyt ryzykowna.

29 maja 1832 r. załoga opuściła statek.

Plan był podobny do tego, który kilkanaście lat później podejmie załoga ekspedycji Franklina: opuścić uwięziony statek i próbować dotrzeć pieszo oraz łodziami do miejsca, z którego możliwy będzie ratunek. 

Ludzie zabrali łodzie, umieścili je na saniach i zaczęli ciągnąć przez lód i ląd w kierunku północnym. Cel: Fury Beach. 

To nie był jednodniowy marsz. Musieli pokonać setki kilometrów wybrzeża Boothii i Wyspy Somerset, ciągnąc ciężki sprzęt. Po drodze tworzyli składy, wracali po pozostawione rzeczy i stopniowo przesuwali cały swój ekwipunek na północ. 

Fury Beach po raz kolejny

Kiedy dotarli do magazynu Parry’ego, okazało się, że po siedmiu latach znaczna część zapasów nadal nadaje się do wykorzystania.

I właśnie wtedy katastrofa HMS Fury z 1825 r. zaczęła ratować ludzi z Victory.

Ross wykorzystał nie tylko żywność. Znalazł tam również łodzie pozostawione przez Parry’ego, które naprawiono i przygotowano do dalszej podróży.

Latem 1832 r. próbowali nimi dostać się na północ do Cieśniny Lancastera (ang. Lancaster Sound).

Nie udało się. Lód ponownie odciął drogę.

Somerset House – czwarta zima

Nie było już statku. Pozostała plaża, materiały odzyskane ze składu Fury i to, co ludzie zdołali przyciągnąć ze sobą. Żeglarze z drewna, płótna, śniegu i dostępnych materiałów zbudowali prowizoryczne schronienie, które z dumą nazwali Somerset House.

Dopiero latem 1833 r. mogli spróbować kolejnej już próby powrotu do domu. 

Dotarli w rejon Cieśniny Lancastera, gdzie 26 sierpnia 1833 r. zauważyli żagiel należący do wielorybnika Isabella, który zabrał załogę na pokład, kończąc ich kilkuletnią walkę o przetrwanie. 

Arktyka nie zapomina

Fury Beach jest dziś niemal pusta. Kilka śladów na lądzie, żwirowa plaża, skały i morze.

A jednak to właśnie tutaj spotkały się losy dwóch wypraw. Dla jednej był to koniec statku i powód odwrotu. Dla drugiej – miejsce, które po latach dało żywność, schronienie, łodzie i jeszcze jedną szansę na powrót.

Patrząc dziś na ten pusty skrawek Wyspy Somerset, trudno nie pomyśleć, jak niewiele może dzielić w Arktyce katastrofę od ratunku. 

Autor: Alicja Latoń
Korekta historyczna: Halina Górajek

Ciekawostka

Johna Rossa uratował jego dawny statek

Wielorybnik Isabella, który w 1833 r. uratował Johna Rossa i jego ludzi, był tym samym statkiem, którym Ross dowodził 15 lat wcześniej podczas swojej pierwszej wyprawy arktycznej.