O Arktyce → Świat Północy → Mity i wyobrażenia → Wyspy, których nigdy nie było
Wyspy, których nigdy nie było
Na arktycznych mapach dawnych wieków ląd miał krótki żywot. Mógł zniknąć, zanim kolejna ekspedycja znów wypłynęła na północ. Mógł pojawić się na horyzoncie jako ciemna linia, błysk, kształt podobny do skał — a potem okazać się mirażem, polem lodowym albo cieniem chmur. W Arktyce granica między rzeczywistością a złudzeniem nigdy nie była wyraźna. I właśnie dlatego na mapach pojawiły się wyspy, których… nie było.
Przez czterysta lat morskiej eksploracji Północy powstała cała galeria lądów-widm. Czasem widziały je dziesiątki osób. Czasem jeden człowiek wystarczał, by zmienić kartografię na dwa stulecia. A czasem błąd rodził się z ambicji odkrywcy, który musiał przywieźć „coś”, choćby była to wyspa, której nie da się później odnaleźć.
Sześć najbardziej znanych „widmowych wysp” Arktyki. Każda z nich powstała gdzieś pomiędzy mgłą, lodem, mirażem i ludzką nadzieją.
Arktyka, która potrafiła stworzyć ląd z niczego
Zanim przejdziemy do historii, warto wiedzieć jedno: Arktyka naprawdę potrafi wytworzyć iluzję stałego lądu.
Powodują to trzy czynniki:
1. Miraże arktyczne — światło załamuje się na warstwach powietrza o różnej temperaturze. W efekcie horyzont potrafi „podnieść” ocean, wydłużyć sylwetki gór albo stworzyć pozorny kontynent tam, gdzie jest tylko woda i lód.
2. Lodowe pola i wieloletni pak — podczas spokojnej pogody tworzą płaskie, nieruchome przestrzenie przypominające obrys wybrzeża.
3. Błędy w nawigacji — zanim wynaleziono precyzyjny pomiar długości geograficznej, różnica kilkudziesięciu kilometrów nie była niczym niezwykłym.
statki „wiszące w powietrzu”
koniec znanego świata na
kto naprawdę go zdobył?
Ziemia Sannikowa — najpiękniejsza z nieistniejących wysp
W 1811 roku Jakow Sannikow, doświadczony myśliwy i uczestnik rosyjskich prac kartograficznych na Wyspach Nowosyberyjskich, zauważył na północnym horyzoncie ciemny, ciągły pas przypominający masyw górski. W epoce, w której mapa Arktyki była pełna białych pól, takie obserwacje traktowano poważnie — „Ziemia Sannikowa” pojawiła się szybko jako potencjalny nowy ląd.
W latach 1820–1824 Piotr Anjou prowadził kilka wypraw, próbując potwierdzić istnienie wyspy. Nie znalazł żadnych oznak stałego lądu. Kolejna próba — ekspedycja z 1885 roku, zorganizowana przez Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne — także zakończyła się negatywnie. Mimo to hipoteza utrzymywała się nadal, m.in. dlatego, że geolog Eduard von Toll uważał, że widział zarys odległego lądu podczas swoich prac na Wyspach De Longa. Ale jego wyprawa na statku Zaria (1900–1902) również nie odkryła żadnego kontynentu.
Dopiero systematyczne radzieckie loty w latach 30. XX wieku ostatecznie wykluczyły istnienie lądu między Wyspami Nowosyberyjskimi a biegunem. Najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie to silny miraż arktyczny albo dryfujące pola lodowe, które w dobrych warunkach potrafiły imitować linię gór. Ziemia Sannikowa pozostała jednym z najtrwalszych widm północnej kartografii — na mapach była obecna przez ponad pół wieku.
Crocker Land — ląd, który oddalał się z każdym krokiem
W 1906 roku amerykański podróżnik Robert Peary ogłosił, że widział z daleka nowy, ogromny ląd na północ od Wyspy Ellesmere’a w Arktyce Kanadyjskiej. Nazwał go Crocker Land, aby uhonorować sponsora wyprawy. Wyspa trafiła na mapy, choć nikt poza Pearym jej nie widział.
Siedem lat później Donald MacMillan poprowadził ekspedycję, która miała ją odnaleźć. Warunki były surowe nawet jak na Arktykę: długie marsze po pękającym lodzie, śnieżne zamiecie, psy padające z wyczerpania. A jednak w pewnym momencie zobaczył to samo, co Peary — ciemną, wyraźną linię na horyzoncie, wyglądającą jak góry odległego kontynentu. Ruszyli w jej stronę. Marsz trwał dniami. „Ląd” oddalał się z każdym krokiem, aż w końcu rozpłynął się w powietrzu. To nie była wyspa, tylko miraż arktyczny — złudzenie tak realistyczne, że potrafiło wprowadzić w błąd doświadczonych polarników.
W drodze powrotnej doszło do incydentu, który najlepiej pokazuje, jak cienka była granica między wspólną wyprawą a rozpadem grupy w pustce. W zmęczeniu, głodzie i przy narastającym konflikcie o dalszą trasę Fitzhugh Green, oficer amerykańskiej marynarki, zastrzelił Piugaattoqa — jednego z Inuitów prowadzących ekspedycję. Piugaattoq wiedział, że Crocker Land nie istnieje — dla niego miraż był oczywisty. Chciał zawrócić, zanim pogoda zamknie im drogę. Green, młody i ambitny, odebrał to jako bunt. W zadymce, przy ograniczonej widoczności, oddał strzał. MacMillan po powrocie do obozu kazał milczeć; reszcie Inuitów powiedziano, że Piugaattoq zginął w lawinie.
Crocker Land okazał się nigdy nie istnieć. Ale to, co wydarzyło się podczas tej wyprawy, pokazało więcej niż jakakolwiek wyspa — jak miraż może zmienić ludzi, gdy wiedza się kończy, a nadzieja staje się jedynym kompasem.
Ta ziemia nie zniknęła z map w chwili, gdy ekspedycja MacMillana nie znalazła żadnego brzegu. Przez kolejne lata wciąż funkcjonowała, w raportach i w wyobraźni tych, którzy planowali następne wyprawy. Była jednym z tych miejsc Arktyki, które uznawano za „jeszcze niepotwierdzone”, a nie „obalone”. Między pierwszym zgłoszeniem lądu a porzuceniem tej hipotezy minęło wiele sezonów. W Arktyce czas płynie inaczej — a brak dowodu nie zawsze oznaczał dowód braku.
Keenan Land — wyspa z opowieści wielorybników
Nie każda widmowa wyspa miała swojego odkrywcę, datę i ekspedycję zapisaną w annałach. Keenan Land należała do innego porządku Arktyki — tej przekazywanej z ust do ust, z pokładu na pokład, wśród ludzi, którzy spędzali na północnych morzach całe życie.
Jej nazwa pojawiała się w relacjach wielorybników i marynarzy pływających u północnych wybrzeży Alaski i Kanady. Mówiono o lądzie widzianym z daleka, na granicy horyzontu, o ciemnej masie, która raz była obecna, a innym razem znikała bez śladu. Nie prowadzono ku niej wypraw badawczych. Nikt nie próbował jej zdobyć ani opisać. A mimo to Keenan Land trafiała na mapy.
Z czasem jej położenie zaczęło się przesuwać. Kartografowie rysowali ją coraz ostrożniej, coraz mniejszą, coraz bardziej niepewną. Aż w końcu przestała być w ogóle poszukiwana. Nie dlatego, że ktoś ją jednoznacznie obalił — lecz dlatego, że przestała być potrzebna. Keenan Land rozpłynęła się w ciszy, jak wiele arktycznych historii, które nigdy nie doczekały się ostatniego rozdziału.
Bradley Land — ląd, który istniał tylko z daleka
Bradley Land pojawiła się na mapach na początku XX wieku, w samym środku wyścigu o biegun północny. Jej istnienie zgłosił Frederick Cook w 1909 roku, po powrocie z wyprawy, podczas której twierdził, że dotarł na biegun. Na północ od Grenlandii miał dostrzec rozległy ląd, widoczny na horyzoncie jako wyraźna, ciemna linia. Nazwał go Bradley Land — od nazwiska sponsora ekspedycji.
Ląd był widoczny, ale tylko z daleka. Cook nie dotarł do niego i nie próbował go opisać. Bradley Land istniała wyłącznie jako obserwacja z horyzontu — bez brzegu, bez lądowania, bez potwierdzenia w terenie. Mimo to trafiła na mapy i do relacji, funkcjonując jako kolejny nieznany fragment Arktyki, który „czekał na sprawdzenie”.
W kolejnych latach żadne wyprawy nie potwierdziły istnienia Bradley Land. Próby weryfikacji kończyły się pustką — w miejscu wskazywanym na mapach nie znajdowano żadnego lądu. Stała się klasycznym przykładem arktycznego paradoksu: czegoś, co było widziane, ale nigdy osiągnięte. Z czasem uznano ją za efekt złudzenia optycznego, który w sprzyjających warunkach potrafi stworzyć obraz lądu bardziej przekonujący niż rzeczywistość. Na mapach przetrwała dłużej niż w terenie. A potem, bez fanfar, została z nich usunięta.
Buss Island — renesansowy błąd, który opanował mapy Europy
W 1578 roku załoga statku Emmanuel, należącego do floty Martina Frobishera, zgłosiła odkrycie dużej wyspy na północnym Atlantyku. Nazwano ją Buss Island od typu statku („buss”) — solidnej, pękatej jednostki rybackiej używanej w dalekich połowach. Informacja trafiła do Anglii i Niderlandów, a kartografowie bez wahania nanieśli nowy ląd na mapy. W epoce renesansu, gdy ekspedycje były kosztowne, a prestiż kolonialny kluczowy, nowe wyspy „rodziły się” czasem po jednej relacji.
Przez kolejne dwa stulecia Buss Island stopniowo stawała się problemem. Setki statków — wielorybniczych, handlowych, wojskowych — przepływały przez jej domniemane położenie i nikt nie widział ani brzegu, ani skały, ani nawet mielizny. Zamiast jednak uznać, że wyspa nigdy nie istniała, kartografowie robili coś zupełnie innego: zmniejszali ją. Najpierw do połowy, potem do ćwiartki, a w końcu rysowali ją jako maleńki trójkąt, przesuwając po oceanie tam, gdzie „może jednak jest”. Europejskie mapy próbowały uratować wyspę, jakby błąd w relacji z 1578 roku nie mógł istnieć.
Martin Frobisher był w XVI wieku jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci angielskiej żeglugi: korsarzem działającym z królewskim listem kaperskim, doświadczonym dowódcą i jednym z pierwszych Europejczyków próbujących odnaleźć Przejście Północno-Zachodnie. Jego wyprawy na północny Atlantyk miały ogromny rozgłos w Anglii czasów Elżbiety I, a każde odkrycie było traktowane jako potencjalny sukces narodowy. Dlatego przez ponad dwieście lat nikt nie chciał przyznać, że to właśnie Frobisher — bohater swoich czasów — mógł się po prostu pomylić.
W XVIII wieku pojawiła się nawet teoria, że Buss Island… zatonęła. Zwolennicy tłumaczyli to podmorskim trzęsieniem ziemi lub załamaniem gruntu — wszystko po to, by wyjaśnić jej nieobecność, nie podważając relacji odkrywcy. Dopiero rejsy Jamesa Cooka i dokładne pomiary Admiralicji przyczyniły się do ostatecznego zamknięcia sprawy: w miejscu Buss Island nie ma i nigdy nie było żadnego lądu. To jedna z najlepszych lekcji z historii map — czasem to nie Arktyka oszukuje człowieka, tylko człowiek nie chce przyznać, że się pomylił.
Wielokrotnie widziany ląd, którego nikt nie widział
Latem 1907 roku, podczas duńskiej wyprawy badawczej działającej na północno-wschodnich krańcach Grenlandii, doszło do obserwacji, która na długie lata zagnieździła się w arktycznej kartografii. Na dalekim północnym horyzoncie pojawił się wyraźny zarys lądu — ciągły, ciemny, o formie przypominającej pasmo górskie. Obserwacji dokonali J.P. Koch i Aage Bertelsen, a informacja trafiła do oficjalnej dokumentacji wyprawy kierowanej przez Ludviga Myliusa-Erichsena.
Nie był to pojedynczy błysk ani niejasny cień. Zarys był na tyle wyraźny, że uznano go za realny fragment nieznanego jeszcze lądu. W tamtym czasie znaczne obszary północnej Grenlandii wciąż pozostawały słabo rozpoznane, a granica między „niezbadanym” a „nieistniejącym” była wyjątkowo cienka. Nowy ląd zaczął funkcjonować w obiegu jako możliwe przedłużenie arktycznego wybrzeża.
W następnych dekadach doniesienia zaczęły się powtarzać. Podczas kolejnych wypraw prowadzonych w latach 20. i 30. XX wieku, również pod kierunkiem Lauge Kocha, tajemniczy ląd był widywany ponownie — zawsze z daleka, zawsze w podobnym rejonie. Relacje różnych obserwatorów wykazywały zaskakującą spójność: wyraźna linia gór, pozornie stały ląd, pojawiający się na granicy widzenia. Duńscy i norwescy badacze, analizując liczne raporty myśliwych, geologów i członków ekspedycji Lauge Kocha, potrzebowali jednego terminu, który porządkowałby te wielokrotne, lecz niepotwierdzone obserwacje. Nazwa nawiązywała do znanego w meteorologii zjawiska. Nie była żartem ani ironią, lecz technicznym określeniem grupy zgłoszeń lądu pojawiającego się wyłącznie na horyzoncie i nigdy nieosiągalnego dla wypraw.
Bo w rzeczywistości żadna wyprawa nie była w stanie do niego dotrzeć. Gdy zmieniano kurs i próbowano zbliżyć się do miejsca obserwacji, „ląd” znikał albo rozpływał się w powietrzu. Pozostawały jedynie woda, pak lodowy i pusty horyzont. Przez długi czas brakowało jednego momentu, który pozwalałby jednoznacznie zamknąć sprawę. W Arktyce brak potwierdzenia nie oznaczał jeszcze, że coś nie istnieje — często oznaczał jedynie, że nie udało się tego sprawdzić.
Fata Morgana Land trwała więc w stanie zawieszenia: zbyt często widywana, by ją zignorować, i zbyt nieuchwytna, by ją potwierdzić. Dopiero znacznie później, wraz z dokładniejszym rozpoznaniem północno-wschodniej Grenlandii i rozwojem nowoczesnej kartografii, stało się jasne, że tajemniczy ląd nie jest ani wyspą, ani fragmentem kontynentu.
Fata Morgana Land przetrwała tak długo nie dlatego, że ktoś uparcie trwał przy błędzie, lecz dlatego, że powracała. Była widywana wielokrotnie, przez różnych ludzi, w różnych latach — zawsze w podobny sposób. Stała się jednym z najbardziej uporczywych widm arktycznej kartografii: lądem, który istniał tylko wtedy, gdy patrzono na niego z odpowiedniej odległości.
Arktyka lustrem wyobrażeń
Arktyka przez stulecia była białą plamą na mapie, ale jeszcze bardziej była białą plamą w ludzkiej wyobraźni. Każda z tych „wysp, których nie było” pokazuje, jak łatwo nawet doświadczeni polarnicy ulegali presji, nadziei i błędowi. Sannikow widział coś na horyzoncie i zgłosił ląd. Peary zaznaczył wyspę na mapie. Wielorybnicy opowiadali o brzegach, do których nigdy nie dotarli. Kartografowie rysowali miejsca, których nikt nie potrafił sprawdzić. Arktyka nie dawała odpowiedzi szybko — a czasem nie dawała ich wcale.
Ale prawda jest prosta: to nie Arktyka się myliła. To ludzie się mylili, próbując ją zrozumieć.
A wyspy, których nie było, są dziś częścią jej historii — tej prawdziwej i tej wymyślonej.
Długo trwało, zanim nauka mogła oddzielić widma od prawdziwych lądów. Dziś znamy te miejsca lepiej niż kiedykolwiek, ale to właśnie dawne pomyłki przypominają, że Arktyka była i pozostaje krainą, która nie wybacza pewności siebie.
Ciekawostka
Przejście do Azji musiało istnieć, więc podzielono Grenlandię
Na części dawnych map europejskich Grenlandia bywała przedstawiana w zniekształcony sposób — czasem jako ląd przedzielony szeroką cieśniną, czasem jako kilka oddzielnych mas. Wynikało to z fragmentarycznej wiedzy o tym lądzie i braku możliwości opłynięcia go dookoła. Błędy powtarzano od średniowiecza aż po XVII wiek, bo nikt nie zdołał zbadać całego wybrzeża i sprawdzić, jak naprawdę wygląda ten ogromny ląd.
To przypomnienie, że w czasach wielkich odkryć nawet największe fragmenty Arktyki istniały częściowo w wyobraźni.